|
czwartek, 10 maja 2012
U Różyca
Skromna nie będę, bo to się zupełnie nie opłaca: moim celem jest zostanie jednym z najlepszych dziennikarzy w Polsce. Wiem, że zanim do tego dojdzie, czeka mnie dużo pracy: nad warsztatem, uwagą, czujnością i - przede wszystkim - sobą. Ale pewien autorytet w tych sprawach powiedział mi, że to nastąpi: nigdy nie zapomnę tych słów, bo - kurwa - padły w takiej chwili mojego życia, że podniosły mnie z klęczek i pozwoliły mi się wzbić, dziś fruwam nad Warszawą obok tego balonu Orange'a nad stadionem. I to żadna fałszywa kokieteria z mojej strony. To zapowiedź. Popełniłam co najmniej kilka reportaży, które oceniam jako literacko, warsztatowo dobre - ale banalne (brak mi determinacji w wyszukiwaniu tematów, oka i kontaktów - podsuwajcie mi tematy!!), w związku z czym - nie znalazły one uznania różnych redakcji. Lubię je mimo to, są częścią mojej drogi, kiedyś może będę na nie patrzyła z pewnym pobłażaniem, choć bez wstydu. Tak myślę. Dlatego wrzucam nową zakładkę, w której publikowała będę te "odrzucone", czytajcie i cieszcie się nimi, jak ja. Zacząć miałam od "wrzutu" niezwykle dla mnie ważnego reportażu o Oli, dziewczynie, która poroniła i zdecydowała się pochować swoje dziecko. Ale stwierdziłam, że mam to w duszy serca i jeszcze raz, ostatni wysłałam tekst do redakcji Wirtualnej Polski - wzięli! :) Podrzucę linka, jak opublikują. Debiutuję w zakładce reportażem o Bazarze Różyckiego: najsłynniejszym bodaj targu w Warszawie, który już niedługo będzie zabytkiem! :) Temat faktycznie banalny, ale piszę o tym, co mnie otacza, bo to nadal jest dla mnie tak świeże, jak moja "warszawskość", a poza tym strasznie ten klimat lubię! ...so help yourself, zapraszam!! . ;)) Tadaaaam!!!!!!!!!
Główne wejście. Za pierwszą tablicą, pamiątkową - kolejna, dla sprzedających. „Informujemy, że zostały wystawione faktury za światło. Prosimy regulować należności w kasie stowarzyszenia do 27 lutego 2012” „Informujemy, że w dniach od 30-04-12 do 06-05-12 biuro i kasa stowarzyszenia będą nieczynne”. Kilka ogłoszeń o wynajmie mieszkania zasłania informację o grudniowych dłużnikach. Alejki krzywe jak spękane płytki, którymi wyłożono plac. Mokro, pada. Z krytych papą i tworzywem zielonych budek, woda gdzieniegdzie ciurkiem spływa na beton. Mały ruch z tej pogody. W pierwszym rzędzie, nieco w głębi, starsza Pani słusznej postury siedzi na taboreciku, okutana w swetry i kurtki. Bladoniebieska, wełniana opaska skrywa jej włosy, żeby nie wymknęły się na wolność. Obok niej trzy plastikowe butelki w kształcie misiów, z jakimś płynem, których zawartości nie było dane mi odkryć. Pani patrzy na mnie srogo, podejrzliwie. Po jej lewej stronie – parciana torba, ponakrywana ręcznikami. Turystyczny stolik po prawej, taborecik, jakiś pan w mżawce je flaczki. Woda miarowo kapie z przybrudzonego czerwonego parasola Algidy, pod którym skryła się kobieta. Naprzeciwko inna starsza pani, w berecie, rozkłada śnieżnobiałą bieliznę w dużych rozmiarach. - Pani kupi, piękne staniczki mam. – mówi. - Nie, dziękuję – odpowiadam - ale chciałam zapytać o to, jak się tu pracuje?” – w przestrzeni między nami wyrasta mur wyższy, niż ceglane kamienice, które zewsząd otaczają plac. Żadnej rozmowy nie będzie, idę dalej, tą samą aleją. Otwarta przestrzeń i klomb, porośnięty wyrzynającą się trawą. Pasą się w deszczu gołębie. Następna alejka, ubrania. Dla dorosłych i dzieci. Pani ze srebrną biżuterią pije herbatę, zmęczona jakaś. Ładne ma pierścionki z perłą. 30 zł za sztukę. Obok niej siwy, ale nie stary mężczyzna, rozkłada swoje eksponaty. Czapki ze znaczkiem sierpa i młota, futrzane i z filcu. Rosyjskie monety. Chusty z frędzlami, w ludowe kwiaty, we wszystkich kolorach. Ikony, sfatygowane broszki, żeliwne świeczniki, dwie pary starych skrzypiec w futerałach. Nieśmiało opływają je krople deszczu. Pan rozkłada inne eksponaty: w rządku ustawione obok siebie popiersie Lenina, Stalina, Piłsudzki na Kasztance, poprzecinane stojącym tu i tam krzyżem, celującym w przeciekający daszek. Zakurzona historia, której ktoś chciał się pozbyć, a bardziej z przodu – matrioszki. Sprzedawca zna prawidła ekspozycji, kolorowe u czoła, żeby przyciągnąć klienta. Wyżej alejki, ubranka dziecięce. Sukienki wizytowe i spodnie z dresu. Dominuje róż, trochę czerwieni i zdradliwej żółci. Właścicielka stoiska porozmawia ze mną, ale zastrzega anonimowość. Na bazarze od 25 lat. Wtedy to było inne miejsce. Inny był klient, utarg, atmosfera. Teraz ludzi gnębią. Bułgarowi wolno sprzedawać na ulicy albo w przejściu podziemnym i żadnych konsekwencji, a polskiego sprzedawcę dobijają opłatami. Wynajem budki – 6 zł za dobę. Za budkę płaci się co miesiąc, ale jak jest potrzeba wyeksponowania towaru na zewnątrz, trzeba dopłacić za miejsce. ZUS wykańcza, prawie tysiąc złotych. Kupisz towar, albo zejdzie albo nie, i nie masz za wiele na życie, bo handel upada, ludzie ubierają dzieci w szmateksach i tylko czasem babcie w prezencie wnukom kupują nowe ubrania. Jeszcze zanim zamknęli Targową przed budową metra - jakoś było, nawet stałe klientki jedną linią z Mokotowa przyjeżdżały, a teraz to katastrofa. Jak wygląda dzień pracy? Gdy jedzie się po towar na Marywilską - zaczyna się on o trzeciej rano. O 7.30 otwiera się stoisko i czeka na klienta, do 17.00. Potem trzeba wszystko to pochować, pozamykać, wraca się do domu – na „Fakty”, umyć się i spać, do następnego świtu. Jedyna pociecha to klienci, jak przychodzą małe dziewczynki, i mówią z uśmiechem, „ja to panią kocham” – aż się milej na sercu robi. Po tylu latach to już nie trzeba z centymetra korzystać przy mierzeniu, spojrzy człowiek na dziecko i rozmiar zna. Trzeba tę pracę kochać i ludzi lubić, wtedy jest dobrze stać nawet w największej słocie. Deszcz zacina coraz mocniej, ludzie patrzą nieprzychylnie. Rozniosło się, że ktoś chodzi i pyta, nie wiadomo, po co. Mam ochotę na te kultowe flaczki i pyzy pojawiające się w licznych opisach bazaru, okazuje się, że sprzedaje je pani spod czerwonego parasola Algidy. Rozsierdzona siedzi, jak kokota pilnując interesu. - Nie ma, czekam aż doniosą. – mówi, patrząc wrogo w moją stronę. - Jak to nie ma? Kiedy będą? - Nie wiem. – odchodzę i kieruję się ku wyjściu na Ząbkowską. W jednej z budek – w rzędzie nowszych i ładniejszych, szczupła ekspedientka równo rozkłada rzodkiewkę. Naprzeciwko opuszczone automaty z kulkami, wrzucisz dwa złote, przekręcisz przycisk, wypada „kosmiczna piłka” z kauczuku, albo pojemnik z małą zabawką: do wyboru „plastikowy futrzak,” lub „rosnące zwierzątko”. Wszystkie cztery automaty pełne, piłki bardziej z wierzchu wyblakły od słońca. Każde dziecko z Pragi ma już pewnie po jednej, po co im więcej? Jak wejść na teren Różyca od Brzeskiej, natknie się człowiek na kobiety młodsze od tych stojących bliżej Targowej. Zachrypnięta pani w kaszkiecie widzi, że chodzę z aparatem, zaczepia. Za fotografię opowie więcej na temat handlu, jej koleżanka na bazarze od trzydziestu lat, miała budkę z rybami o, tu, gdzie teraz stoimy, ale musiała się przenieść wyżej, bo tu jest dziura i handel nie idzie. Tam z przodu też nie ma o czym gadać, do ryb dodała sprzedaż innej „spożywki,” bo nie było jak wyżyć. Gdy Różycki przeszło sto lat temu zakładał najsłynniejszy warszawski targ, nie wiedział, że kiedyś w niedalekiej odległości, przy skrzyżowaniu z Kijowską stanie Biedronka, a idąc w przeciwną stronę – CH Warszawa Wileńska. To one skutecznie wyniszczyły handel artykułami spożywczymi, ta sama rzodkiewka, która w ładnej budzie naprzeciwko automatów ze zwierzątkami kosztuje 2 złote, w Carrefourze za 1,75. Ubrania klienci też wolą mierzyć w ciepłej i suchej przymierzalni, nie w zimnie i słocie. Przy murze jest alejka „Stadionowców,” jak sami siebie nazywają. Dwa lata temu musieli opuścić teren Stadionu Dziesięciolecia. Młode kobiety bardziej rozmowne. Jedna siedzi na plastikowym krzesełku i pali cienkiego papierosa, wygrzewa się na słońcu, które nareszcie wyszło zza chmury, druga z termokubka popija herbatę. - My ze Stadionu jesteśmy. Cała ta alejka, od dwóch lat w tym miejscu. Tam, to był handel, jakby władze ściągnęły na targ „Wietnamców” i zrobiły porządną reklamę, to myślę, że i tu jakoś by było, a tak... kryzys idzie, proszę Pani. Dopiero się zaczyna, wczoraj w TVN-ie mówili, że Mała Azja się z Polski wynosi, to znaczy, że jest naprawdę źle... ludzie nie mają pieniędzy i nie kupują, wolą się w lumpeksie ubrać za pięć złotych. Jakby ci Wietnamczycy się tu rozłożyli, ludzie są łasi na ich tanie towary i zawsze skapnęłoby coś i dla nas, a tak... bazujemy tylko na stałych klientach. Widzi pani jak tu cicho, napije się pani kawy? – do rozmowy dołącza pani ze stoiska obok, potrząsa blond głową bardziej ze zmęczenia, niż z irytacji. - My, ze Stadionu, chcieliśmy doprowadzić jakoś tę część bazaru do używalności – tłumaczy - kostkę położyć, ale po co? Rozsypani jesteśmy po całej Warszawie. Jak tam zamknęli, to nasi znajomi przenieśli się na Bakalarską, Marywilską, Wiatraczną, Szembeka... ale tam są inne warunki, i ceny, więc my przyszliśmy tu. Ciężko jest. Niech pani napisze, że czekamy na klientów i zapraszamy. - I proszę wspomnieć, że od stycznia już trzy razy ZUS nam podnieśli, jak my upadniemy, to się ten kraj całkiem rozpieprzy, bo to mali przedsiębiorcy utrzymują to wszystko w pionie – dopowiada pani z głową w pasemkach, która dotychczas tylko przysłuchiwała się rozmowie. - Ale rząd wie, w kogo uderzyć, jesteśmy bezbronni, bo nie zrzeszeni – to mówi jeden z handlarzy – Walną w inne grupy, w górników albo w pielęgniarki, to przyjadą i zrobią manifestację, a my? Nie mamy zawiązków zawodowych, to nas można doić. Bliżej wyjścia, tam, gdzie stoją starsze panie, szarawe od pyłu sukienki ślubne. Ofoliowane etykiety na weselną wódkę, dwa misie w sercu z pluszu na samochód, naklejki na tablice rejestracyjne. „Młoda para”, „Droga do raju”, „Koniec wolności”. I sukienki komunijne, których też się sprzedawać nie opłaca mimo sezonu, bo – jak mówi jedna z handlarek – księża wchodzą w spółki z nieuczciwymi firmami dziewiarskimi i sprzedają akcesoria komunijne w kościołach, wie to od klientów. Cicho, mało kto przemyka po mokrym chodniku. Na przezroczystych pudełkach z figurkami nowożeńców do przystrojenia tortu osiadły krople wody. Cisza, tylko z nieodległej budy z płytami słychać jakieś rosyjskie disco. Na „butach” panie popijają kawę, jedna czyta sfatygowanego Harlequina, inna rozwiązuje krzyżówkę. Czerwone szpilki – 100 zł, baleriny przecenione na 60. Śnieżnobiałe buty dziewczęce stoją równo w rządku, część przykryta folią, żeby kurz nie osiadł. Ponad nierównymi daszkami krytymi papą, latają gołębie i nawołują się kawki. Gdzieś w oddali szumi zwykły ruch uliczny. Nie ma zapachu bazaru, ani zwykłego ruchu: na polskich targach powoli gwar staje się czymś dziwnym, niecodziennym. Szczególnie w dużych miastach. W ubiegłym roku zamknięto 19 tys. straganów, co stanowi około 5 proc. wszystkich, które działają w Polsce. Według danych przygotowanych dla DGP przez Soliditet z Grupy Bisnode,stragany targowe znalazły się w grupie przedsiębiorstw, które najczęściej wyrejestrowywano. Najwięcej zamknięto tych handlujących odzieżą i obuwiem (ok. 9,3 tys.), a także żywnością (6,8 tys.). Efektem ubywania sprzedawców jest spadek liczby bazarów, których zgodnie ze statystykami GUS w samym 2010 r. ubyło 21 i działało 2235, a do końca 2011 r. dotrwało około 2,2 tys. Polacy nie chcą już kupować na targowiskach, bo w rozwijających się ekspansywnie hipermarketach i dyskontach jest taniej i bardziej komfortowo. Poprawia się jakość i wybór towarów dostępnych w sklepach, a bazary nie stawiają na rozwój: brakuje środków na ich modernizację. Nieco inaczej rozkłada się zainteresowanie produktami z bazarów na południu Polski, nawet rozmówczynie z „Różyca” mówią mi o prężniejszym handlu, szczególnie na terenach przygranicznych. Największy plac targowy w Kielcach przy ul. Seminaryjskiej, w każdy weekend przeżywa oblężenie. Przy wejściu od ul. Źeromskiego stoją „Ruscy” jak od początku lat 90-tych nazywają kielczanie wszystkich handlarzy obcego pochodzenia, choć ani jeden z nich nie pochodzi z Rosji: sprzedażą trudnią się tam głównie Ormianie i Ukraińcy, nie ma ani jednego Wietnamczyka. W sobotę odnajdzie się tam atmosferę z przebrzmiałego „Jarmarku Europa”, a nawet z tureckiego suku. Czarnookie kobiety głośno zachwalają swój towar i nawołują klientów, a ludzie kłębią się przy polowych łóżkach, gdzie wystawiono buty za 10 zł, kurtki ze ściągaczem za 30, torebki za 5. Wysypany żwirem placyk, z murami ozdobionymi graffiti które podziwiać można i tak tylko wieczorem, gdy handlarze zdejmą z niego swoje towary. Bluzki, sukienki, spódnice i spodnie. Obok pachnącego oszałamiająco działu kwiatowego, którego alejkami zawsze płynie woda, stoją Ukrainki z kwiecistymi chustkami, pieluchami z tetry, tombakiem i belami materiału. Kiedyś, między kolorową bielizną a ceratami stał pan, sprzedający szczekające, pluszowe pieski i papierosy z przemytu: dziś już go nie ma, nie wiadomo, czemu znikł. Ukrainki przemiłe, kolory ludowych chust ze Lwowa zamówić można dowolne, biorą wtedy numer telefonu i dzwonią, gdy sprowadzą pożądany kolor do Polski. Obok nich – już przy samej ulicy – baby z pobliskich wsi oferują mleko, świeże jajka, a w sezonie - pęczki rzepy. Ruchu nie ma tylko w poniedziałek, poza tym dniem – bazar tętni życiem, ulokowany niedaleko KSM-u i centrum, przy drodze krajowej z dogodnym dojazdem. Na targu równo idzie handel mięsem, kiszoną kapustą, odzieżą i kwiatami, kupić można nawet stary adapter i „Motory” – Zegadłowicza, wprost z rozłożonego na betonie koca. Jest głośno, kolorowo, nie milkną ostrzeżenia przed kieszonkowcami i reklamy „Kieleckiej Szkoły Jazdy”: to właśnie tam dowiedziałam się o katastrofie smoleńskiej. W tłumie ludzi, stojąc przy stoisku z elektroniką w jednej z głównych alejek słuchałam listy ofiar, a obok mnie – handlarz sprzedawał czajniki za parę złotych. Szły jak woda.
poniedziałek, 07 maja 2012
Pedofilskie sztuczki w świetle komisji
Komisja Europejska chce lepiej chronić dzieci przed złym dotykiem świata, wirtualnego. W tym celu przedstawiła właśnie propozycje nowych przepisów. Jednym z pomysłów jest wprowadzenie elektronicznego systemu identyfikacji internautów. Mądrzy inaczej komisyjni spece chcą stworzyć „internetowy ekosystem", w którym konsumentami będą zwierzątka w postaci dorosłych i niewinnej dziatwy, producentami twórcy stron, a reducentami zdecydowanie „komisarze”, którzy zamierzają wydzielić część internetu specjalnie dla najmłodszych. Ciekawe, jak to zrobią, gdy pedofila w sieci prościej spotkać niż księdza przed Pasterką. Sprawdziłam osobiście.Bo przecież oni w większości nie szukają „dziecka”, tylko jędrnego ciała i gładkiej skóry bez pomarańczowej skórki, i żeby była ładna na twarzy, a „ładna” to młoda i niepomarszczona, bez trądziku i wąsa nad górną wargą. Że bez trójkąta włosów między nogami? Teraz to norma, każda niewiasta idąca z duchem czasu powinna brać przykład z aktorek porno, które uparcie upodabniają się do przedszkolnej dziatwy. A pedofile? Jako najbardziej dyskryminowana mniejszość nie mają swoich portali, bo nie ścigają ich tylko w Watykanie, ale żeby tam trafić, trzeba mieć dobry układ z szefem w najbardziej złotej sukience. Zresztą, które dziecko zajrzałoby na taki portal? Dzieci aż tak głupie nie są, grają w gry komputerowe i wiedzą, kto to kamikadze i jak kończą owoc żywota. Ale taka dziesięcio- dwunastolatka, żeby wydorośleć i nauczyć się życia wirtualnie seksualnego, wchodzi na internetowe chaty. Weszłam i ja, stara krowa (choć nadal bez wąsa), żeby się trochę polansować. Pomyślałam, że na siłę szukała miłości nie będę, niech ona pierwsza mnie dopadnie. W pokoju gejowskim na zwykłym chacie Interii dałam sobie 13 lat i zamieszkałam w Warszawie (13Szuka_spons_wawa), piętnaście minut i miłość załomotała w klawiaturę. Pierwszy w konkury uderzył „napalony.” -Witaj. Kogo szukasz? - Kogoś do pogadania. – odpisałam – nie tylko na chacie. - O, prosze prosze. A o czym chcesz gadać w realu? - o wszystkim. o milości i O szkole. Mam 13 lat, wiesz. - Wiem. - I to sie tak teraz wszystko zaczyna, i chyba w te stronę. A rodzice mnie nie rozumia. – no wiem, znam to. Wszystko mi opowiesz bo lepiej jest rozmawiac z obcym niż z rodzicami. - No chciałbym. Bo jusz nie daje rady. - Nie jest chyba tak źle, jak piszesz, zresztą sprawdzimy to. – chwila ciszy - a jak ty wygladasz? jestes szczuply? - Chudy, bez wlosów, blądyn. – piszę. – A Ty? - Mmm... lubię takich, może mi fotkę prześlesz... - Musze isc. Umawiamy sie? - To gdzie i kiedy? - Pod Kopernikiem. – piszę – bedę miał biała dzokejke i paczke paluszków, jutro o drugiej. Może być? - nie jesteś wtedy w szkole – nagle mu się moja edukacja przypomniała, może to jakiś kurator? - nie. Ide. Jutro o drugiej pod Kopernikiem. - OK to jutro. Ale na pewno będziesz? - Napewno – piszę – czemu mialbym nie być. - No to super. dasz mi numer telefonu jakbym cie nie znalazł? – nie odpowiadam, wychodzę z chata. Właśnie nie łamiąc regulaminu forum, podając się za małolata bez wąsa, umówiłam się z Szukam_mlodego, na ulicy Nowy Świat, niedaleko Pałacu Prezydenckiego. Na loda i ciepłą rozmowę, z głaskaniem po główce. Wszystkie te wspaniałości oczywiście w domyśle, bo słodkie deklaracje nie padły wprost, ale pokój, nick i uwodzicielski kształt konwersacji dookreśliły rozrywkowy charakter spotkania. Czy w innych miejscach w sieci jest inaczej? Nie, powiedziałabym, jest jeszcze gorzej: szczególnie na chatach gimnazjalistów i starszych podstawówkowych, które aż kipią seksem, takim bardziej zwarzonym, podwórkowym. Wystarczy się nazwać odpowiednio i płodne samce z niedoborem wrażeń, z joystickiem w garści meldują się na wezwanie: na portalu gimnazjalnym z nickiem „młodsza_szparka” tym razem powróciłam do okresu pierwszego pryszcza. Jako rycząca trzynastka czekałam na księcia, nawet wytrwałość nie była potrzebna. Po kilku dosłownie minutach, w trakcie których rozglądałam się w poszukiwaniu ogiera, pierwszych dwóch zarżało w prawym dolnym rogu ekranu. Nie robiłam tajemnicy z własnego braku doświadczenia. Ani z wieku. W ciągu pół godziny tylko jeden natychmiast, gdy podałam wiek (za każdym razem to robiłam) powiedział, że mnie to dyskwalifikuje i poszedł precz. To musiał być jakiś dewiant, albo może prokurator? Dość powiedzieć, że mowę mi odjęło i nawet nie zdążyłam zapytać, czy lubi jak jego starsze laski mają pryszcze i cellulit nawet na stopach i policzkach. Skutek badań? Umówionych sześć randek w różnych punktach Warszawy z lubiącymi młodsze szparki, jedna z kochającym inaczej i zaledwie dwóch, którzy w klasyczny sposób spękali. Po własnym sumptem przeprowadzonych badaniach, w głowę zachodzę, jak będzie działał ten „internetowy ekosystem”, jak będziemy klasyfikowani i identyfikowani, zwłaszcza teraz, gdy normą staje się posiadanie trzech komputerów, sześciu profili na dwunastu portalach społecznościowych, w których każdy dostępny jest pod innym loginem i hasłem. Jeżeli idzie o klasyfikację, sprawa może być prosta o tyle, że system prawdopodobnie wychwytywał będzie pewne charakterystyczne zwroty wskazane przez mądrych naukowców i badaczy tematu, które zwykle padają w tego typu rozmowach. Mogę podpowiedzieć, wszyscy moi rozmówcy – nawet ci, co spękali – zaczynali konwersację od „witaj kogo szukasz”, popularne na chatach słówka i zwroty to „tak”, „nie”, „jak wyglądasz”, „miłość”, „spotkanie” – bezinteresownie przekazuję tę wiedzę, przyczyniając się do poprawy bezpieczeństwa w sieci, wzruszenie i niekryta duma ściskają mi gardło. Z jakich danych system jeszcze będzie korzystał? Co podda kontroli? Połączenia telefoniczne? Sms-y? Mms-y? Fora dyskusyjne, chaty, maile? I po co, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że w celu „ochrony dzieci”. Myślę za to, że sprytna Komisja Europejska pod płaszczykiem troski o ostatnie szeregi współczesnych dziewic chce przejąć kontrolę nad siecią, a fajnym argumentem jest walka z pedofilią, bo nikt pedofilów nie lubi, nawet ci, którzy ich lubią ale się do tego w życiu nie przyznają, dlatego też nie będzie protestu. Sprawa potoczy się tak: najpierw powstanie „rezerwat” dla bachorów żeby je chronić, potem dla dowolnego elementu anarchicznego żeby chronić przed nim resztę społeczeństwa, a na końcu – dla samego społeczeństwa, żeby nie zrobiło sobie krzywdy w necie. Z definicji rozproszona sieć stanie się skupionym fejsbukiem, gdzie zgodnie z regulaminem każdy ma obowiązek występować pod swoim imieniem i nazwiskiem, dobrze byłoby też żeby wskazał kto jest jego rodziną, czy i z kim pozostaje w związku, gdzie pracuje, jakie jest jego wyznanie i opcja polityczna; brakuje jeszcze tylko osobnych kategorii do opisania międzyludzkich relacji. Jak Kochanka. Konkubina. Bękart. W świetle badań polskich znawców tematu, w naszym kraju rośnie liczba przestępstw seksualnych i zdecydowaną większość ofiar stanowią dzieci. W 2010 roku było ich 6,8 tys., w zeszłym liczba wzrosła już do 8,1 tys., w statystykach to właśnie pedofilia wysuwa się na prowadzenie: w 2011 r. wykorzystano seksualnie ponad 5 tys. dzieci, w innych krajach wcale nie jest lepiej. To powinno przemawiać za rozwiązaniami serwowanymi przez KE dla ratowania krajów Unii i całego świata, ale niestety, nie do końca tak jest. Bo według danych policji statystyczny pedofil to prawie zawsze mężczyzna w wieku 30-49 lat, który zna swoją ofiarę: tatuś który lubi lody, słodki wujek. On nie będzie kochasia szukał w Internecie, tylko we własnym mieszkaniu. Przed komputerem skupi się na szukaniu treści pedofilskich, dziecięcej pornografii: liczba tych przestępstw w Polsce dla odmiany w zeszłym roku zmalała. W ciemię bite głowy zasiadające w Komisji Europejskiej argumentują, że w projekt powinny się zaangażować firmy internetowe, szkoły a nawet naukowcy: prosta sprawa, że rodzice własnych dzieci mogą sprawę olać, przecież zarobieni od rana do nocy nie będą się jeszcze po godzinach wychowaniem dzieci zajmowali. Nie po to je do szkoły dali, nie? Z tego, co przeciekło do mediów wynika, iż Komisja uważa obecne internetowe systemy ochrony dzieci za nieskuteczne – ciekawe, jak długo i za jaką kasę dochodzili do takich wniosków, mi wystarczył klasyczny abonament w Playu i godzinne posiedzenie na pierwszym lepszym chacie. Szczegóły nowego projektu mają być znane pod koniec maja; testowa wersja systemu identyfikacji powinna objawić się nowszemu przez to, wspanialszemu światu za kilka miesięcy. Czekam z niecierpliwością, ograniczy to moją aktywność w sieci: drżenie o wolność z powodu każdego napisanego słowa, przeniesie się na palce i ze strachu przed pomyłką trudno będzie zgooglować choćby „Hymn Polski”, bo „hymn” niedaleko „hymen” pada. Co w połączeniu ze słowem „Polska” i konfrontacji z „internetowym ekosystemem” w żaden sposób nie poświadcza mojej niewinności.
środa, 28 marca 2012
Bezwstydni krytycy i nagi "Wstyd"
Wstyd – Steve’a McQueena to film bardzo dobry, który na długo zostaje w pamięci. Nie przeorał co prawda mojej wrażliwości jak onegdaj zrobiła to „Intymność”, ale rozmawiałam z takimi, którzy go mocno przeżyli: kwestia doświadczeń życiowych, światopoglądu. O czym jest? Brian (rewelacyjna, wymagająca rola Michaela Fassbendera) to atrakcyjny 30-latek, singiel z Nowego Jorku. Dystrybutor filmu pisze dyplomatycznie, że nie potrafi on „zapanować nad swym życiem erotycznym”. Mężczyzna pracuje w firmie informatycznej, a wolny czas spędza w ascetycznym mieszkaniu. Jest samotny, braki partnerki rekompensuje sobie poprzez autoerotykę. Masturbuje się, ogląda pornografię, korzysta z usług prostytutek: moim zdaniem, to normalne objawy zdrowia fizycznego u dojrzałego mężczyzny w wieku reprodukcyjnym. Oglądając film, człowiek nie ma wrażenia przesytu, patologii w zachowaniach głównego bohatera. „Nienormalność” i problem, którego przyczyna zostaje nieznana, pojawia się później, tu jest moim zdaniem „pies pogrzebany”, nie w masturbacji i zachłyśnięciu się pornografią: Brian wstydzi się i panicznie boi kogokolwiek pokochać. Dlaczego aż „panicznie”? Widać to w relacjach z jego siostrą (Carey Mulligan), która nagle bez zapowiedzi przyjeżdża by z nim zamieszkać, burząc szklaną wieżę, jaką sobie wzniósł. Ona też nosi w sobie tajemniczą traumę i przyczynę pociętych nadgarstków. Jest kobieco neurotyczna, a w głębi duszy tak samo pokaleczona jak on, łączy ich trudne dzieciństwo? Toksyczni rodzice? Nie znamy przyczyn, tylko skutki: nieumiejętność pozostania w jakimkolwiek związku (nawet bratersko-siostrzanym), zbudowania bliskości, lęk, zmagania. Brian nie kontaktuje się z siostrą, to ona do niego wydzwania, narzuca mu się, w końcu przyjeżdża. Próbuje z nim rozmawiać. A on nie potrafi, bo wstydzi się swoich uczuć, panicznie się ich boi: rozładowywanie napięcia seksualnego, to „objaw poboczny” jego samotności, kanał (obok biegania), przez który bohater filmu wyrzuca pewne emocje. Od razu narzucają mi się „Cząstki elementarne” – Houellebecq’a, jako lektura uzupełniająca, pomocnicza w próbach zrozumienia tego filmu, zwłaszcza „normalnej” relacji z koleżanką z pracy, Marianne. Ona jest ciepła, bliska, bez ran: nie wychodzi z nią ani związek, ani seks. Wszystko rozwala się, ginie, bo on zaczyna „czuć” i nie może tego w sobie przeskoczyć: polecam zwrócenie uwagi na rewelacyjną (!) grę aktorską w restauracji, napięcie i strach głównego bohatera jest tam nie do zniesienia, tak samo – próba seksu w hotelowym pokoju, za te dwie sceny duet aktorski powinien dostać jeśli nie Oscara, to przynajmniej nominacje. Obraz ten dla mnie jest diagnozą choroby, trawiącej współczesnych dwudziesto-trzydziestolatków. Opowiada o człowieczej nędzy, o dramacie - szczególnie męskim, w którym żyją spowici w kulturowe klisze "samca alfa", pochłonięci potrzebą kopulacji, zapominając jak kochać, może nikt ich tego nie nauczył, wymagając "twardości"? Chłopaki przecież nie płaczą... Czemu Brian jest "sam", boi się i wstydzi jak to zasugerowałam, czy po prostu świadomie tę samotność wybrał? Co nastąpi potem, po otwartym zakończeniu, które zaserwowali nam twórcy? Niewiarygodne, ile opowiedzieć można o człowieku w ciągu 90 minut, przez obraz czterech zaledwie bohaterów, pięciu... (ważna dla całości postać szefa i dziewczyny w tramwaju: polecam zwrócić uwagę i... pomyśleć, ilu takich ludzi znamy osobiście... ja wielu). Estetycznie, film jest doskonale wyważony, nakręcony z prawdziwym smakiem: bardzo mocno skojarzył mi się z „Pianistką”, i nie chodzi mi o przecudnego Bacha w interpretacji Glenna Goulda, bardziej o całokształt, estetyczne, oszczędne kadry (już scena otwierająca wbiła mnie w fotel), ujęcia wnętrz i scen plenerowych. W pamięć zapadły mi długie, statyczne ujęcia „poranne” głównego bohatera, nieskrępowanie, bez gaci łażącego z pokoju, przez kuchnię, do łazienki. I scena rozładowywania napięcia w szaleńczym joggingu przy wspomnianym Bachu, szaleńczo mijający go świat... piękna była też jego siostra, śpiewająca stary szlagier, prawdziwie „sama” na scenie – nie dziwię się łzom wzruszenia u jej „brata”... Jest w tym filmie jeszcze coś, za co McQueenowi należą się brawa. Dziwi mnie, że żaden krytyk nie zwrócił na to uwagi, za bardzo widać każdego podniecił „seksoholizm” bohatera ;): niedoszła dziewczyna Briana jest czarna!! Może to ja mam intelektualne braki, ale nie przypominam sobie filmu, w którym oglądałabym pary mieszane, jeśli to nie konflikty na tle rasowym były głównym tematem: jeżeli znacie tytuły, będę wdzięczna za podanie ich w komentarzach (no dobra. Bodyguarda sama sobie przypomniałam: ale tam była „gwiazda” i jej ochroniarz, więc różnili się statusem, charakterem, wszystkim – nie szkodziło poróżnić ich też skórą). Wygląda na to, że McQueen „nie wybiela” kina, i za to należą mu się brawa i słowa uznania, zwłaszcza, że Nicole Beharie w roli Marianne jest po prostu porażająca. To, co mnie wkurzyło, to recepcja filmu w Polsce – napisałam nawet tekst na ten temat do „Nie”, może opublikują, dam znać. W skrócie powiem, że wymowę filmu spłycono, a z normalnego, zdrowego fizycznie faceta okaleczonego emocjonalnie, krytycy zrobili zboczeńca i tylko niektórzy (rozmowa z WO - choć są fragmenty irytujące, z którymi się nie zgadzam i recenzja Wróblewskiego w „Polityce”) napisali coś istotnego na temat „Wstydu”. Pozostali – doprowadzili mnie do nieśmiałej konkluzji, że jestem świruską i seksualną dewiantką, bo moja kolekcja pornosów jest większa, niż Briana. Film – bardzo polecam. Recenzje sobie darujcie. Policyjna straż miejska
Był sobotni poranek, po piątkowej nocy. Właściwie, noc nadal trwała. Na kieleckiej Kadzielni siedzieliśmy ja, Anetka i kolega Andrzej. Dopiero co przyjechaliśmy z centrum miasta, jedliśmy nektarynki i piliśmy piwo, ciesząc się chwilą. Anetka przysnęła, ja z Andrzejem nadal na posterunku. Po 9 butelce wspominaliśmy właśnie harcerski zlot w Gnieźnie, gdy podjechała policja. Dostaliśmy po mandacie, kolega ze strachu uciekł zostawiając nam swoje piwo, więc przeniosłyśmy się na sąsiednią ławkę, by dokończyć degustację. Z dziesiątą butelką nadciągnął kontynentalny smutek. Zaczęłam ryczeć i mówić, że nie chcę umierać. Anetka próbowała mnie pocieszyć, bezskutecznie. Wtedy na koślawych rowerkach nadjechali on i ona. Funkcjonariusze straży miejskiej. Radarki ukryte w ich gałkach ocznych wykryły, że między mną a koleżanką stoją dwa wykroczenia, w postaci piwa, marki „nie pamiętam”. Uch, jak śmiały im się oczka do skutku tego wykroczenia!! Podjechali i się paczą, bo było na co: ja ryczę, piwo gazuje, przyjaciółka smera mnie po ramieniu... jak nic zagrażałyśmy obie ładowi społecznemu. Na ich uwagę o grożących nam konsekwencjach i wyciągnięty z kieszonki bloczek do wypisywania mandatów, Anetka z uśmiechem powiedziała, że „my już dostałyśmy mandat, nanananaaa.”- Taaak? Proszę pokazać! – misia pogmerała chwilę w swej przepastnej torbie, żeby znaleźć świstek i podać go strażnikowi. Wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie.
Reakcja mieszkańców miasta na tę inicjatywę jest zaskakująca: żeby zgłosić obywatelski projekt uchwały pod obrady rady miasta, potrzebne było 2 tysiące podpisów. W przeciągu kilku dni pomysł poparło aż 7,2 tys. kielczan – i to prawdopodobnie nie koniec, petycję podpisywać będzie można jeszcze przez dwa tygodnie. Reakcja władz jest przewidywalna: Prezydent Kielc Wojciech Lubawski nie ma pojęcia, czemu Stowarzyszenia tak bardzo się martwią o pieniądze miasta. Może dlatego, że „pieniądze miasta” pochodzą z ich portfeli i ich ciągle ubywa, panie prezydencie? Zdaniem prezydenta straż miejska jest tworem pożytecznym, bo zupełnie inne są kompetencje policji, a inne straży. Zgodnie z ustawową definicją, straż miejska to „umundurowana formacja tworzona przez radę miasta, mająca na celu ochronę porządku publicznego na terenie miasta.” Jakoś tak się składa, że co roku zyskuje nowe uprawnienia, w działaniu coraz bardziej upodabniając się do policji. To taka głupsza siostra tej ostatniej, która w zakresie działania ma do wyboru dwie opcje: pouczenie i mandat, wybór zależy od indywidualnej decyzji strażnika. Z oczywistych pobudek częściej stosowany jest ten drugi, pieniądze trafiają do miejskiej kasy, skutecznie zarabiając na mieszkańcach, popełniających bzdurne „wykroczenia,” np. ukradkiem pijących browar na parkowej ławce. Poznańscy strażnicy wystawiają średnio 110 mandatów dziennie, warszawscy – 300, krakowscy - 200. Funkcjonariusze często nadużywają swojej władzy: 15 listopada 2011 r. dwaj strażnicy miejscy na służbie pojechali do interwencji po zgłoszeniu o pijanym mężczyźnie, który znajdował się przy ul. Skargi w ścisłym centrum Katowic. Strażnicy zawieźli pijanego radiowozem w odludne miejsce, gdzie go pobili i okradli. Jak każda władza w Polsce, strażnicy bywają przekupni: 20 marca 2012 r. w Dąbrowie Górniczej zatrzymano 16 funkcjonariuszy, stawiając im po 247 zarzutów korupcyjnych. To ponad jedna trzecia funkcjonariuszy straży miejskiej Dąbrowy. Największe wpływy straż czerpie z fotoradarów ( w Kielcach – ponad 60 proc. dochodu), według zeszłorocznego raportu NIK instytucja ta coraz bardziej przypomina policję drogową. Jak wygląda jej działanie w tym zakresie? Funkcjonariusze nie mają czasu na dbanie o porządek na ulicach, bo ich czas skutecznie zajmuje ściganie zbyt szybko jeżdżących kierowców. Procederowi sprzyja wciąż rosnąca liczba fotoradarów, należących do samorządów. W wielu gminach coraz mniej strażników wychodzi na patrole (co powinno być ich podstawowym obowiązkiem!). Nie mają czasu, cały pożera wystawianie mandatów w oparciu o zdjęcia z radarów, co dzieje się rzecz jasna kosztem dbałości o porządek publiczny. Na 24 jednostki poddane kontroli, 9 nie miało rejestratorów rozmów telefonicznych, w czterech kolejnych były, ale używano ich tylko w wybranych godzinach. Strażnicy miejscy, jako osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo mieszkańców i uprawnieni do stosowania przymusu, powinni mieć bezwzględny obowiązek precyzyjnego dokumentowania swoich działań. Dyżurni w kontrolowanych jednostkach nie rejestrowali ani zgłaszanych, ani podejmowanych interwencji. W większości jednostek inspektorzy nie natknęli się na jakiekolwiek procedury dokumentowania służby, okazało się także, że strażnicy nie przejmowali się za bardzo obowiązującymi ich przepisami w zakresie ochrony uzyskanych danych osobowych. NIK ujawnił przypadki naruszania przez straż prywatności i udostępniania danych osobom nieuprawnionym. Podsumowując: zamiast chronić porządek, dbać o spokój na terenie miast i gmin, patrolować osiedla, parki i place zabaw, funkcjonariusze straży miejskiej siedzą za biureczkami i oglądają zdjęcia piratów drogowych, wypisują i drukują mandaty, naklejają znaczki i puszczają kwity pocztą. Potwierdzają to zresztą statystyki, podczas gdy liczba interwencji w sprawie tzw. porządku publicznego wzrosła średnio zaledwie o 2,7 proc., ogólna liczba wykrywanych wykroczeń komunikacyjnych - o 200 proc. Nawet NIK zauważa, że mandaty za szybką jazdę nie zwiększają bezpieczeństwa obywateli. Zdaniem kontrolerów, konieczne jest doprecyzowanie zasad pracy straży miejskiej i pełnionego przez tę instytucję nadzoru, muszą się także poprawić procedury wewnętrzne i nadzór nad samą strażą, sprawowany przez prezydentów i burmistrzów: o odgórnej likwidacji instytucji, nikt się słowem nie zająknie. Osobiście, marnie widzę szansę powodzenia słusznej skądinąd inicjatywy, z jaką wystąpili mieszkańcy Kielc. Jaka będzie decyzja radnych w tej sprawie nietrudno się domyślić, ale ważny jest sam fakt, że Polacy coraz częściej wykazują tzw. czynną postawę wobec poczynań władz na każdym szczeblu, co jest istotnym wyznacznikiem budowy tzw. społeczeństwa obywatelskiego, którego silnych reakcji oczekują władze wszelkiej maści, szkoda, ze wyłącznie przed wyborami.
*
czwartek, 15 marca 2012
Queer, czy les? - "dziwadło" w kinie
Wczoraj stało się to, co musiało kiedyś nastąpić. Poszłam na film i w trakcie jego trwania popłakałam się z bezsilności.
Dla społeczności Falls City w Nebrasce Brandon Teena był nowym przybyszem z przyszłością wypisaną na dłoni. Ludzie byli nim oczarowani, kobiety zachwycone, a każdy napotkany człowiek podziwiał w chłopcu charyzmę i optymizm. Jednak najgorętszy kawaler Falls City skrywał mroczny sekret: nie był tym, za kogo go brano. Oto oparta na faktach „potężna i szokująca" („The Daily Star”) dramatyczna opowieść o młodej dziewczynie z zapadłej amerykańskiej prowincji, która z powodu swej odmienności padła ofiarą zawiści i nietolerancji otoczenia. Amerykańska Akademia Filmowa doceniła fenomenalną kreację Hilary Swank przyznając jej Oscara? w kategorii Najlepsza Aktorka. Bardzo dobre opinie krytyków zebrali również Chloë Sevigny ("Melinda i Melinda") oraz Peter Sarsgaard ("Powrót do Garden State", "Plan lotu"). – tyle o filmie opis dystrybutora DVD, z którym nie do końca mogę się zgodzić. Czego dotyczy moja niezgoda? Opisu faktów. Bohaterem filmu jest autentyczna osoba, Brandon Teena (biologicznie kobieta, Teena Renae Brandon), który przyjeżdża do prowincjonalnego miasteczka, gdzie oczarowuje kolejne młode dziewczyny, które do niego lgną, bo jest „inny” niż znani im mężczyźni. Bardziej delikatny, fizycznie i psychicznie miękki, efemeryczny. Co nie znaczy kobiecy w zachowaniu: wdaje się w bójki, pije jak chłop, pali jedną fajkę za drugą, porusza się po męsku, w kluczowych momentach wykazuje typową męska nieporadność... jest NIM: dlatego konsekwentnie piszę, używając męskiej końcówki w odmianie. W miasteczku od pierwszego wejrzenia zakochuje się w Lanie Tisdel, która dostrzega jego „inność” i odwzajemnia uczucie. Miłość, niedojrzała i czysta rozwija się, aż do dramatycznego końca: tu zaczyna się moja wcześniej sygnalizowana niezgoda na opis filmu, proponowany przez dystrybutora. Po pierwsze, odgórnie czyta on postać przez pryzmat fizjologii, jako kobietę. Pisze, że padła ofiarą zawiści i nietolerancji otoczenia. Czyli, co tak właściwie nastąpiło, ktoś ją przezwał? Opluł? A zawiść, obgadali ją za płotem? Nie, gdy dwaj jego prymitywni „koledzy”, kochanek matki Lany i jego tnący się nożem dla zabawy kumpel odkrywają, że mają do czynienia z kobietą, w ramach „ustawienia” jej w kontekście biologicznie posiadanej pochwy, wywożą ją i gwałcą na tylnym siedzeniu samochodu. Z wygody także na jego masce, od tyłu, jak sukę: być może nie chcą za bardzo wgapiać się w twarz, z którą wcześniej równo chlali i jeździli po pobliskich barach. Może jest to jedynie niegroźny atawizm: w swoim żywocie nie spotkałam faceta nie lubiącego brać kobiety od tyłu. Pytałam o to, daje poczucie siły, mężczyźni czują, że posiedli kobietę: dociekam, że stąd gwałt „lubi” objawiać się w kinie wykorzystaniem tej właśnie pozycji. Widziałam ją w „Róży,” w „Nieodwracalnym”, w „Oskarżonych,” w „Przebacz” i – zdaje mi się – w „Opuścić Las Vegas:” pomijam kino gejowskie, bo tam pozycja znajduje swoje fizjologiczne uzasadnienie. Dlaczego płakałam i w którym momencie? Wiedziałam przecież, jak film się skończy. Od początku dopuszczono mnie do tajemnicy, ujawniając biologiczną płeć postaci. Łzy popłynęły w momencie, gdy „negatywni” bohaterowie zdali sobie sprawę z pomyłki i koniec bohatera dramatycznie przybliżył się w czasie. I drugi raz – z bezsilności i wstrętu, w scenie łazienkowej, gdy zajrzeli w białe majtki bohatera i zmusili Lanę do patrzenia. Doszło wtedy do dysocjacji postaci, był tam Brandon, była Teena. A gwałt psychiczny przeszła Lana, tak ja to czuję przynajmniej. Sceny faktycznego gwałtu – niewiarygodnie zagrane twarzą i górną połową ciała – oglądałam w tradycyjnie towarzyszącym mi patrzeniu na tego typu obrazy, osłupieniu. Późniejsze strzelanki w ogóle mnie nie obeszły, bo całą wrażliwość zjadło to, co zdarzyło się wcześniej: może to i dobrze, bo dyskusja po filmie ujawniła, że są one przekłamane. Dyskusję pilotowała Agnieszka Graff, poprzedziła ją wykładem, z którego wyciągnęła trzy ciekawe płaszczyzny interpretacji: po pierwsze tożsamość bohatera. Jest on lesbijką, książkowym przykładem transseksualisty, a może osobowością subwersywną, mężczyzną w ciele kobiety, któremu jest w tym stanie „dobrze”? Druga rzecz – prowincja i funkcjonowanie w niej „dziwadeł,” "innych". Jak oglądałam scenę, w której pijani w sztok bohaterowie podjechali pod klub, przypomniało mi się moje najintensywniejsze dojrzewanie i pierwsze quasi-seksualne doświadczenia, które „działy się” właściwie w identycznej scenerii i emocji. Było to w końcówce lat 90-tych, prowincja południowej Polski - w mojej głowie jest ona taka, jak filmowa Nebraska. Trzeci wątek – który mnie wkurwił(!) – to „obecny przez nieobecność” wątek rasistowski. W finałowej scenie filmu zastrzelone zostają dwie osoby, Brandon i Candace, koleżanka Lany. Film nakręcono pro memoria wydarzeń z 1993 r., dlaczego więc pominięto nawet przy okazji napisów końcowych trzecią ofiarę, która wtedy zginęła? Cóż, ta trzecia ofiara była czarnoskórym inwalidą, jeżdżącym na wózku. Z dyskutantami broniliśmy tezy o potrzebie zachowania zwartej kompozycji filmu. Pani Graff była skłonna się z nami zgodzić, ale tylko w części, bo wiedziała więcej: reżyserka filmu, Kimberly Peirce poprzedziła jego realizację dokładnym zbadaniem tematu. Nie mogła więc nie wiedzieć, że jeszcze głośniejszym mordem „queerowym” (nie zapamiętałam, czy aby nie pierwszym udokumentowanym) był oparty na tej samej, „tendencyjnej” wręcz dynamice czynu (identyfikacja ofiary-gwałt-zabójstwo) mord kobiety podającej się za mężczyznę... Czarnej kobiety. Ponadto, w filmie pojawia się element wykorzystywany do gnębienia Czarnych: chodzi o scenę, gdy Brandon na pace półciężarówki, trzymając się sznura, musi utrzymać na niej równowagę, w trakcie agresywnej jazdy – w niedalekiej odległości czasowej obok powstającego filmu, w takich okolicznościach zabito czarnego chłopaka, Peirce musiała o tym wiedzieć, kręcąc film. Trochę bronię reżyserki, mówiąc sobie, że zależało jej na przejrzystości opowieści, ale nie jest to wcale tak oczywiste, podobno twórcy kampowi, czy też – poruszający problematykę queer, mocno swoje filmy „wybielają” pod kątem rasowym... przemawiałoby za tym całkowite przemilczenie tejże trzeciej ofiary, w filmie faktycznie nawet nie przemknął żaden Czarny... nie do końca to moim zdaniem „etyczne” i „uzasadnione”. Konkluzja po projekcji i dyskusji: ile potwora jest w człowieku na metr sześcienny? Jak się okazuje, każda społeczność/naród/grupa ludzka musi mieć swojego odmieńca do znęcania się nad nim, dla udowodnienia własnej siły, poprzez pomniejszenie wartości "innych". Jak nie Żyd to gej, jak nie gej to queer, jak nie queer to nigger, a jak i tego nie ma – skatować można dowolne, bezbronne zwierzę... dramatyczne rozpoznanie w przypadku tego filmu polega na tym (jeśli uznamy, że film jest faktycznie „wybielony”), że w mechanizmy wspomnianego „pomniejszenia” wpisała się osoba wykształcona, wrażliwa i STAJĄCA W OBRONIE PEWNEJ MNIEJSZOŚCI... kosztem innej. Z tą myślą Was zostawiam, bo nie bardzo sama radzę sobie z tym, co za sobą pociąga.
*** Filmy które ostatnio oglądam, zmieniają moje "widzenie" Oscara, jako prestiżowej nagrody świata filmu. In plus, rzecz jasna. Chyba że ostatnio widziane przeze mnie dzieła to wyjątki, potwierdzające regułę.
wtorek, 13 marca 2012
Mini-tekst o hipertekstach
Książka „Hiperteksty Literackie Literatura i Nowe Media” wydana nakładem krakowskiej Korporacji Ha!art to zbiór dziewięciu artykułów naukowych, starających się zanalizować twórczość autorów z Polski i zagranicy, którzy postanowili historie, które mieli do opowiedzenia połączyć - czy też przetworzyć, przez obecnie dostępne media. Nie chodzi bynajmniej o krótką wzmiankę w telewizji: chodzi o literaturę elektroniczną. Termin ten nie mieści w sobie tradycyjnych fabuł, które zdecydowano się poddać digitalizacji, tylko dzieła od początku do końca posiadające cyfrowy rodowód, które w założeniu są obiektami cyfrowymi, stworzonymi za pomocą komputera i wymagają tegoż komputera dla odczytania treści. Prąd jako taki obecny jest w kulturze zaledwie od trzech dekad, próbowano nim opisać bardzo różnorodne zjawiska: od tekstowych gier przygodowych na komputery Commodore, poprzez zdigitalizowane zasoby biblioteczne i literaturę w sieci - aż po literaturę udostępnianą na czytnikach e-booków. Książka wydana nakładem Korporacji Ha!art jest zbiorem dziewięciu szkiców, prezentujących twórców, którzy świadomie podjęli decyzję o artystycznej realizacji postulatów mieszczących się w ramach samego pojęcia „literatury elektronicznej”. Przedstawieni autorzy próbowali zakotwiczyć w nowych mediach najważniejsze dokonania humanizmu XX wieku, zwłaszcza te związane z formalną naturą artystycznego przekazu, statusem autora i jego „gry” z czytelnikiem - oraz z samym czytelnikiem, jako odbiorcą i jednocześnie twórcą dzieła: literatura elektroniczna, ze względu na jej otwarty charakter pozwala czytelnikowi wpływać na przebieg fabuły, sprawiając, że hipertekst staje się plastycznym „ciałem”, przy każdorazowej lekturze kształtowanym przez odbiorcę w inny sposób. Co ważne, wymienione powyżej formalne miazmaty posiadają silne podstawy intelektualne i teoretycznoliterackie: twórcy literatury elektronicznej wchodzą w dialog z tezami Jacques’a Derridy („O gramatologii” oraz „Pismo i telekomunikacja”), Michela Foucaulta („Słowa i rzeczy” i „Kim jest autor”), Rolanda Barthes’a („Śmierć autora” i „S/Z”), czy Guya Deborda („Społeczeństwo spektaklu”), co nie pozwala rozpatrywać ich dzieł jedynie w kategoriach pretensjonalnej, formalnej zabawy. Autorzy artykułów składających się na książkę przedstawiają sylwetki klasyków nurtu: Michaela Joyce’a, Judy Malloy, czy Johannesa Auera, ale znalazło się na jej kartach miejsce i dla polskich twórców (Radosław Nowakowski, Sławomir Shuty, Robert Szczerbowski). Wymienionych uznać trzeba za bezpośrednich spadkobierców literackiej awangardy, ale i za „pierwsze jaskółki” nurtu, który w przyszłej historii literatury będzie prawdopodobnie silnie obecny, choć dziś nie sposób przewidzieć, jaka będzie jego formalna manifestacja – to niezbywalny atut książki; próba syntetycznego przedstawienia sylwetek sześciu twórców, w przyszłości „klasyków” gatunku (właściwie już nimi są: ale rozpatrujemy sytuację, w której literatura skupiona wokół mediów elektronicznych będzie się nadal rozwijać, wtedy twórczość przedstawionych w publikacji będzie dla gatunku tym, czym obecnie są wiersze Rimbauda dla modernizmu). Cieszy fakt, że w planie zainteresowań znaleźli się trzej twórcy z Polski – zwłaszcza, że poziom ich eksperymentów nie odbiega od poziomu prezentowanego przez twórców zagranicznych, a czasami wręcz go przewyższa – takie wrażenie budzi analiza porównawcza tekstów krytycznych, umieszczonych w książce Ha!artu. Publikację traktować należy z jednej strony jako „podręcznik” literatury prezentujący twórców skupionych wokół nowych mediów, a z drugiej – jako punkt wyjścia dla własnych poszukiwań: proponowane w niej artykuły są solidnym opracowaniami naukowymi (choć pisanymi przystępnym językiem), dlatego książka ta nie trafi do każdego czytelnika, ale takie były intencje wydawcy. Z pewnością powinien ją przeczytać poszukiwacz i czytelnik obyty: tym dwóm kategoriom odbiorców poszerzy ona horyzonty i zainspiruje do podjęcia indywidualnych poszukiwań, w specyficznym nurcie literatury elektronicznej. Hiperteksty literackie. Literatura i Nowe Media pod red. Piotra Mareckiego i Mariusza Pisarskiego, Kraków 2011, s. 176
*** Na portalu "Gazety Wyborczej" dziś - ciekawy i w części trafny tekst o nowych mediach i o tym, jak mogą zmienić nasze postrzeganie (niekoniecznie mózg, moim skromnym zdaniem: a nawet jeśli, to na lepsze, w kontekście funkcjonowania w świecie). Polecam, hm... i czytanie tradycyjnych książek polecam też, jako książkowy purysta i jednocześnie fetyszysta - nigdy tak do końca nie przekonam się do e-booków. ;))
poniedziałek, 12 marca 2012
Kobieca walka- inspiracje...
UWAGA!! TEKST QUASI-SATYRYCZNY!!
Współczesne prawo tworzone przez szowinistycznych samców odebrało feministkom możliwość protestu.
Wiec jako forma protestu jest bardzo praktyczny, bo nie trzeba organizować swojego, można pójść na cudzy: jak jesienią 1905 r., przed wyborami parlamentarnymi. Działaczki kobiece postanowiły dać o sobie znać w kampanii i poszły na wiec wyborczy w Manchesterze, gdzie rozwinęły transparent z hasłem „Głos dla kobiet”. Anna Kenney zapytała wtedy Churchilla, czy je poprze, a ten nie okazał się gentlemanem i pozwolił, by policja wyciepała aktywistki za drzwi. W czasie szarpaniny Christabel Pankhurst (jedna z 3 córek Emmeline) napluła policjantowi w twarz. 9 lutego 1907 r. przybycie na obrady Izby Gmin zapowiedział król Edward VII, sufrażystki postanowiły ofiarować mu petycję: w tym dniu parlament szturmowało 4 tys. kobiet, które w swoich modnych kapeluszach i długich sukniach przez 3 godziny usiłowały przerwać kordon policji. Wreszcie 50 z nich przebiło się aż pod same drzwi i tam dopiero zostały zatrzymane. Gdy w 1910 tron objął Jerzy V, sufrażystki wiązały z tym faktem duże nadzieje na rozwiązanie kwestii praw do głosowania: rząd z jednej strony chciał ugody, ale cichej, bo bał się wrażenia, że ustępuje pod naciskiem bab. Do Izby Gmin wróciła debata nad prawem wyborczym dla kobiet, zablokował ją minister skarbu Lloyd George. Odbyły się kolejne wiece, które sprawiły, że szef ministerstwa spraw wewnętrznych Winston Churchill zachęcił policję zamiast do tłumaczenia, do bicia. 18 listopada 1910 r., policja do nieprzytomności stłukła kilkadziesiąt kobiet, a 150 aresztowała. Wiec to forma stosowana do dziś, ale bez tamtej spontaniczności, pod dyktando państwa: legalizowany w urzędzie miasta, dający się poskromić, przewidywalny... czyli jako forma protestu – bezskuteczny.
Głodówka jako forma kobiecego protestu... w dobie anoreksji i bulimii akcje tego typu udałyby się znakomicie, kobiety kontestowałyby na potęgę, a pielęgniarze delikatnie wpinaliby glukozę w ich błękitne żyły. Czyli nie. Metoda przestarzała.
PODPALENIA – na szczęście, zaledwie budynków. W Dublinie jedna z kobiet podpaliła teatr Royal, gdzie przemawiać miał „ulubiony” premier Asquith. Spłonęły dwie stacje kolejowe pod Londynem, w Saunderton i Croxley Green, w siedzibie prymasa Anglii w Canterbury powybijane zostały szyby. Po jednej z fal aresztowań sufrażystek ich koleżanki spaliły pawilony sportowe w Cambridge i Roehampton, później dworzec kolejowy w Oxted. Te działania zahartowały je i przygotowały do dalszych starć oraz przeszły do historii, po dziś dzień wzbudzając podziw w każdym szeregowym Kowalskim, który o nich wie. Metodę odradzam, ówczesne feministki nie płaciły podatków, to sobie mogły podpalać, teraz po podpaleniach trzeba by było odbudować całość czerpiąc z kieszeni samych feministek, czyli działania tego typu są bezsensowne.
O wojnie jako metodzie walki o kobiece prawa rzecz jasna nie ma co myśleć, ale warto się zastanowić, czego właściwie żądały ówczesne kobiety. Współczesne postulaty organizacji feministycznych – choćby te dotyczące prawa do dokonywania legalnej aborcji - są oczywiście słuszne, ale nie dotyczą większości kobiet: feministki powinny w pierwszej kolejności zająć się problemem faktycznej równości kobiet i mężczyzn, kontynuując walkę matek ruchu. Czyli bić się o równe płace, swobodny dostęp do żłobków i przedszkoli, edukację seksualną i przeciwdziałanie przemocy w stosunku do kobiet – czemu te problemy nie są tak szeroko podnoszone przez działaczki? Być może wynika to z faktu, iż one dobrze sobie poradziły, zarabiają fantastycznie i nie obchodzi ich to, co dzieje się z pozostałymi kobietami, które nie miały tyle szczęścia: wolą kreować same siebie na postępowe intelektualistki, a masy kobiet – niech wypadają z kolejnej fali feminizmu i na plaży historii radzą sobie same.
poniedziałek, 05 marca 2012
Dzień kobiet - niektóre baby kompromitują się codziennie
Obserwując dokonania Parlamentarnej Grupy Kobiet, człowiek dochodzi do wniosku, że polskie baby nie nadają się do polityki.
Na początku stycznia tego roku, posłanki z Parlamentarnej Grupy Kobiet zebrały się na pierwszym posiedzeniu w tej kadencji Sejmu, żeby wybrać przewodniczącą: „wybory” te streścić można anegdotycznym „kto powinien zostać szefem koła i dlaczego będzie to Bożena Szydłowska,” bo posłanka ta była jedyną kandydatką na stanowisko. Po głosowaniu przewodnicząca-elekt powiedziała mediom, że postara się dorównać swej poprzedniczce, Magdalenie Kochan (PO) w sprawnym prowadzeniu Parlamentarnej Grupy Kobiet. Trudne to nie będzie, bo w trakcie poprzedniej kadencji, babski zespół w ramach swojej działalności zrobił takie ładne nic, że aż mi to imponuje. Przez cztery lata grupa zebrała się 9 razy, zorganizowała 16 konferencji o profilaktyce chorób kobiecych, konkurs „Lady Di” (Dama Niepełnosprawna), wędrującą wystawę o polskich parlamentarzystkach I Sejmu II RP i dwie edycje konkursu dla dziewcząt na napisanie pracy „Jestem przedsiębiorcza'” – miejmy nadzieję, że dziewczęta wzorce przedsiębiorczości czerpały będą jednak z innych źródeł. Bo działania, w które włączyło się z krwawym potem na skroni niezłomne 58 członkiń Grupy są delikatnie rzecz ujmując mało istotne i obnażają faktyczną słabość kobiet – tych, które przez cztery lata tworzyły struktury Parlamentarnej Grupy Kobiet. To smutne, bo ma ona swoje tradycje i interesującą historię: idea powołania grupy kobiet lobbującej na rzecz słabszej płci ulęgła się jeszcze za czasów Sejmu Kontraktowego, czyli u samego początku polskiej odmiany demokracji. Samo ugrupowanie powstało w 1991 r., po ogólnopolskiej konferencji pn. „Kobieta w Polsce współczesnej – szanse i zagrożenia”, w której udział po raz pierwszy w nowej rzeczywistości politycznej wzięły posłanki, senatorki i przedstawicielki świata nauki, organizacji społecznych i związków zawodowych, by uświadomić sobie, że istnieją płaszczyzny działań politycznych i społecznych, którymi powinny zająć się przede wszystkim kobiety. Do Koła Parlamentarnego Kobiet (KPK), w późniejszym czasie przemianowanego na Parlamentarną Grupę Kobiet wstąpiły wszystkie posłanki i senatorki, reprezentujące wszelkie ugrupowania polityczne – wydarzenie bez precedensu. Liderką grupy szybko stała się energiczna i medialna Barbara Labuda. PGK najprężniej działała na początku, gdy udawało jej się zachowanie względnej neutralności, a różnice polityczne nie paraliżowały jej prac, także w trudnych tematach. Członkiniom grupy nie podobała się przygotowywana wówczas ustawa dotycząca aborcji, chciały zagwarantowania kobietom prawa do decydowania o macierzyństwie, frapowały je problemy edukacji seksualnej, profilaktyki i pomocy materialnej dla samotnych matek – od tamtego czasu żaden z wałkowanych przez panie tematów nie doczekał się w Polsce przyzwoitego rozwiązania, mimo, że z tymi uniwersalnymi problemami współcześnie żyjących Europejek inne demokracje poradziły sobie już dawno. Dzisiaj niestety porozumienia kobiet takiego, jak to pierwsze - poza politycznymi podziałami, nie udałoby się powtórzyć, bo kobiety w rządzie o tematach sugerowanych przez ówczesne PGK chyba już zupełnie boją się rozmawiać, albo nie widzą sensu, albo im się nie chce. Dyskusję o tych kwestiach zdominowała opinia prawicy i kościoła, a wzmocniły porażki kolejnych inicjatyw: ale grupa nadal istnieje i powinna skutecznie lobbować na rzecz kobiet, bo inaczej jej działanie jest pozbawione sensu i zamiast pomagać, tylko te kobiety ośmiesza, wciskając w łapę cenny argument wszystkim, którzy mówią, że kobieta do polityki pasuje tak, jak Behemoth do kościelnej nowenny. PGK działa zachowawczo i albo nie robi nic, albo – gdy gdzieś uda jej się błysnąć, zawsze jest to błysk bez przebłysku, inteligencji. Ot, dokonania Parlamentarnej Grupy Kobiet na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy, po ukonstytuowaniu się nowych władz. Deklaracja grupy: My, parlamentarzyści polscy VII kadencji Sejmu i VIII kadencji Senatu, należący do różnych klubów politycznych tworzymy Parlamentarną Grupę Kobiet, pragnąc działać wspólnie, ponad podziałami politycznymi na rzecz realizacji konstytucyjnej zasady o równych prawach obu płci – napisano, zatwierdzono. W połowie lutego Adam Szejnfeld (PO) zachęcony widać tą męską końcówką w rzeczowniku „parlamentarzyści”, złożył wniosek o przyjęcie go do Parlamentarnej Grupy Kobiet. Był pierwszym mężczyzną w tej kadencji, zgłaszającym swój akces (w poprzednich kadencjach w Klubie Kobiet działali mężczyźni, w 2007 r. jako pierwszy przystąpił doń Jarosław Wałęsa). Szejnfeld jest zorientowany w temacie, od lat działa w kierunku zrównania praw kobiet i mężczyzn. Jest członkiem kapituł kilku konkursów związanych z aktywizacją kobiet, współorganizował konferencje dotyczące równych praw obu płci, prowadzi portal dla kobiet przedsiębiorczych. Co na temat jego ewentualnego przyjęcia do grupy myśli szefowa PGK Bożena Szydłowska? Uważa ona, że członkinie Grupy same potrafią zadbać o siebie i nie potrzebują mężczyzn, „żeby je prowadzili za rączki”, uprzedzając jednocześnie z góry, że prezydium nie przewiduje miejsca dla panów. Wczytuję się jeszcze raz w deklarację: My, parlamentarzyści (...) tworzymy Parlamentarną Grupę Kobiet, pragnąc działać wspólnie, (...) na rzecz realizacji konstytucyjnej zasady o równych prawach obu płci. – wniosek wyłaniający się z lektury – baby w polskim parlamencie nie rozumieją tekstów, które tworzą i podpisują. No i to stwierdzenie, że „członkinie Grupy same potrafią zadbać o siebie”: tego jestem w stu procentach pewna, ale kto zadba o mnie i inne kobiety w tym kraju, nie zrzeszone w politycznych koteriach? Ostatnio PGK miała spotkanie z premierem, kobiety miały rozmawiać o zrównaniu wieku emerytalnego między płciami. Spotkanie przebiegło widać tak nieefektywnie, że nawet opiniotwórcza „Gazeta Wyborcza” zaakcentowała je jedynie fotoreportażem, bez słownego komentarza. Bo co tu komentować, premier mówił, a kobiety słuchały i robiły mu zdjęcia telefonem (niektóre wzięły małe aparaty), by po zakończeniu spotkania wrócić do domu i przy obieraniu kartofli pochwalić się mężowi, jakie są światowe. A faktyczne problemy - aborcja, antykoncepcja, in vitro nadal pozostają rozsypane między resortami i setką innych spraw, zawsze ważniejszych. Te tematy – w zastępstwie królika wyciąga się z kapelusza w sytuacji, gdy nikt nie umarł, brak katastrof i niezbędnych dla higieny psychicznej społeczeństwa tąpnięć, a lud przez telewizorem żąda igrzysk, albo przynajmniej iluzji, że coś się dzieje. W obecnej chwili w polskim parlamencie dwóch czynników mamy więcej, niż kiedykolwiek: kobiet i problemów do rozwiązania. Po wyborach aż 110 posłanek przemyka po sejmowych korytarzach, najwięcej z Klubu Parlamentarnego PO (72) i z PiS (25), dalej są kolejno: Ruch Palikota (5), SLD (4), PSL (2) i Solidarna Polska (2). Pracę w Parlamentarnej Grupie Kobiet w tej kadencji zadeklarowało 38 pań, w konfrontacji z problemami do rozwiązania, to mało. Wydaje się, że obecny klimat sprzyja zmianom, dlatego dobrze byłoby, gdyby kobiety wzięły sprawy w swoje ręce i zajęły się robotą, być może nawet bez ciągłego spoglądania w stronę „liderki” grupy. Bo zajrzałam na jej stronę internetową, pani Bożena Szydłowska, w parlamencie jest obecna już drugą kadencję. Z zawodu doradca podatkowy, długie lata zajmowała się biznesem, była także przewodniczącą Rady Miejskiej i burmistrzem Swarzędza. Działa w kilku kołach parlamentarnych, w tym - w Zespole Parlamentarnym ds. przestrzeni kosmicznej. W związku z tym – nie dziwi mnie niskie zaangażowanie pani poseł w pracę na rzecz kobiet: przegrywamy z kosmosem, zawsze to godny przeciwnik, więc przynajmniej wstydu nie ma.
niedziela, 26 lutego 2012
Szkiełko i oko - nie na ulicy
Na gzymsach i elewacjach polskich miast pasożytniczo wyrastają twory, które swoim okiem rejestrują winnych i niewinnych. Poza kontrolą, także finansową.
W warszawskiej przestrzeni miejskiej funkcjonuje 5779 miejskich kamer w miejscach publicznych i środkach transportu, drugie albo i trzecie tyle gapi się na ulicę z prywatnych działek i biznesów. Ile przestępstw dzięki nim wykryto? W latach 2007-2009 te miejskie wypatrzyły 944 przestępstwa i 24 139 wykroczeń, co rocznie daje „aż” 300 przestępstw i 8046 wykroczeń. W I półroczu 2010 r. operatorzy miejskiego systemu monitoringu wizyjnego zarejestrowali 489 przestępstw i 4776 wykroczeń. Co konkretnie zauważyła kamera? Ano, głownie fakt, że warszawiacy źle parkują i publicznie piją alkohol. Z poważniejszych wykroczeń – lubią się bić, kraść i słabo jeżdżą powodując wypadki, dopuszczają się czynów chuligańskich i niszczą mienie. Nie rozumiem ekscytacji, bo te „przestępstwa” i tak zostałyby wykryte. Na pogotowiu, policji, albo bezpośrednio przy napisie „huj” wyrychtowanym na ścianie (to akurat prawdziwa zbrodnia na polskich ulicach: „Chuj” przez samo ha)! Brak danych na temat niepotrzebnych interwencji i ich kosztów, do których system się przyczynił, wiadomo tylko, że na pewno były: bez domniemania niewinności. Jak w Poznaniu, gdzie zauważono dwóch mężczyzn, którzy piłowali kłódkę, żeby dostać się do sklepu: na miejsce wysłano bohaterski patrol policji tylko po to, żeby stwierdził, iż „podejrzani” to właściciele tegoż sklepu którzy zgubili klucze i piłują kłódkę, żeby wejść do środka. Inne zdarzenie – na kamerze widać mężczyznę, wybijającego szybę w samochodzie. Policja jedzie, w nerwach, spazmach, na sygnale. Na miejscu „wandal” - właściciel pojazdu, co zatrzasnęły mu się w środku klucze – te dwa przykłady napisane w konwencji żartobliwej na jednym z poznańskich portali miały potwierdzać skuteczność monitoringu i szybką reakcję policji, ale pominięto akcent finansowy, niesłusznie. Bo ktoś za te interwencje musiał zapłacić, tak, jak za utrzymanie systemu, który nie wnosi niczego nowego do polskiej rzeczywistości. Kto płaci? Podatnicy i obywatele, niebagatelne kwoty. Jakie? Do końca nie da się tego ustalić. - Prosta kamera i jej montaż są dość tanie, ale użytkowanie sprzętu już nie. – mówi Małgorzata Szumańska z Fundacji Panoptykon, koordynującej prace badawcze i analizę krytyczną różnych narzędzi służących inwigilacji i kontroli - Roczny koszt utrzymania i konserwacji jednej miejskiej kamery w Warszawie wynosi ponad 34 tys. zł i wydaje się to mało. Takich kamer na polskich ulicach są tysiące, więc można sobie wyobrazić, o jakich kwotach mówimy. Jako społeczeństwo płacimy zresztą nie tylko za monitoring miejski. Za ten prywatny też, pieniądze te wkomponowane są w koszta usług i towarów, które są „chronione”. Gdzie szukać szczegółowych informacji dotyczących kasy przeznaczanej na „oczy Wielkiego Brata”? Można sięgnąć do projektów miejskich budżetów. I tak: w latach 2009-2013 na rozbudowę monitoringu stolica wyda około 10 mln zł. Nie da się niestety poznać konkretnych kwot i liczby zakupionych kamer, bo w tym zakresie panuje chaos i swoboda twórcza: przykładowo w budżecie na rok 2012 w tabeli do uchwały budżetowej podano, że rozbudowa monitoringu miejskiego kosztowała będzie 2,5 mln zł, zapewnienie sprawności systemu monitoringu - 14 377 411 zł, a konkret... pozostaje nieznany. Bo koszty te powrzucane zostały jako jeden z komponentów większych przedsięwzięć inwestycyjnych. Przykład? W zadaniu dotyczącym utrzymania parków, zakup, konserwacja i obsługa kamer nie figuruje jako osobny wydatek: trzeba polegać na informacji, że ileś z 200 tys. zł przeznaczonych na „konserwację zbiorników wodnych i kanałów; konserwację, przegląd i naprawę sieci i obiektów towarzyszących małej architekturze, monitoring i utrzymanie rzeźb”, pochłonie wspomniany monitoring. Tak samo jego koszta ujęto w innych jednostkach budżetowych, w Domu Pomocy Społecznej „Kombatant”, czy „Na Przedwiośniu”: w DPS-ach monitoring zajął zaszczytne miejsce w puli pieniędzy przeznaczonej na usługi pocztowe i deratyzację. Brak spójnych danych finansowych dotyczących tematu nie pozwala podać do informacji publicznej rzeczywistej informacji o całościowej kwocie, przerżniętej na kamery. W innych miastach jest tak samo mętnie: według zapisu z budżetu miasta Poznań na System Monitoringu Wizyjnego przeznaczono 4 807 824 zł. Jednocześnie w budżecie istnieją projekty stworzenia systemu monitoringu wizyjnego na obszarach Śródki, Ostrowa Tumskiego i Chwaliszewa z wydatkami rozłożonymi pomiędzy różne działy budżetu miasta. Żeby dowiedzieć się czegoś więcej, trzeba sięgnąć do poszczególnych projektów i dopiero wyszukując te pozycje, dodając i mnożąc, mniej więcej określimy ile całościowo wydano na ten cel: urzędnicy wychodzą widać z założenia, że obywateli nie interesuje cena, jaką płacą za „bezpieczeństwo”. Orędownicy działania monitoringu chwalą się wysoką wykrywalnością przestępstw. Co z tego, że kamery je wykrywają, skoro nie zapobiegają ich popełnianiu? Podobnie dyskusyjna jest kwestia wzrostu poczucia bezpieczeństwa wśród społeczeństwa i obniżenia skali przestępczości, czemu rzekomo służy monitoring. Spadek przestępczości w miejscach gdzie działają kamery wynika z faktu, że przestępcy zapamiętują gdzie one są, i popełniają przestępstwa obok. Przykładem mogą być kamery zainstalowane w dziuplach i sękach polskich lasów, mające pomóc wyłapać bandytów, wyrzucających śmieci na ich obrzeżach: ludzie szybko zorientowali się, gdzie zainstalowane są kamery i śmieci wywalają tam, gdzie ich nie ma. Jak ktoś mówi, że zainstalowanie monitoringu zmniejsza przestępczość to zwyczajne pieprzy, bo nie potwierdzają tego badania. W Polsce przeprowadził je Dr P. Waszkiewicz z katedry kryminalistyki UW, wykazały, że na skutek instalacji kamer nie nastąpił oczekiwany spadek ilości przestępstw na obserwowanych obszarach. Wnioski te są zresztą zbieżne z wynikami wewnętrznego raportu brytyjskiego Metropolitan Police, z którego jasno wynika, że 500 mln funtów, wydane na monitoring w Wielkiej Brytanii – najbardziej podglądanego kraju w Europie - okazało się chybioną inwestycją. W Polsce brak rzeczowej analizy zjawiska, towarzyszy mu jedynie błoga ignorancja. Ubaw mają tylko pismaki, jak dostają rozpiskę kryminalną z lokalnych komend policji: w lesie w podkieleckiej gminie Daleszyce znaleziony został skłusowany dzik. Leśnicy chcąc namierzyć tego, kto przyjdzie po dzika, ukryli na drzewie kilka metrów od niego kamerę. We wtorkowy ranek okazało się, że ktoś zabrał i dzika i sprzęt wart cztery tysiące złotych – kłusownik płaci podatki z których sprzęt kupiono, czy można więc się dziwić, że potraktował go jak własny?
wtorek, 21 lutego 2012
Antologia zupy
Zupa. Rosół, pomidorowa, ogórkowa, szczawiowa. Zalewajka, żurek. Ziemniaczana. Wodzionka. Mleczna, na lanych kluskach. Potrawa mająca zazwyczaj postać wywaru powstającego podczas gotowania różnorodnych składników. W tradycji polskiej zwykle pierwsze danie obiadu.
Zupa może dyskryminować, jak w Szkole Podstawowej i Gimnazjum w Wężyskach. Na jej talerz do stołówki nie wchodzą jednocześnie wszystkie dzieci. Najpierw idzie biedota, której zupę stawia Ośrodek Pomocy Społecznej. Dzieci, których obiady z własnej kasy opłacają rodzice, jedzą na następnej przerwie, inny wariant zupy: więcej w niej mięsa, warzyw, wartości odżywczej i respektu. Problemu nie widzą władze gminy, segregacja oburza rodziców. Dzieci z „pierwszej tury” nie chcą wchodzić na stołówkę bo im wstyd i boją się, że inni będą się z nich śmiali. Dyrektorka SP nr 2 w Krośnie nazywa sprawę burzą w szklance wody, zgadza się z nią dyrektor szkoły w Wężyskach. Zupa może budzić niechęć urzędników: w mroźną niedzielę gdańscy bezdomni dostali darmową grochówkę. Organizatorzy akcji – aktywiści z „Food not bombs” muszą liczyć się z karą, bo zupę rozdali nielegalnie: dotychczas częstowali bezdomnych posiłkiem na dworcu PKP, w tym sezonie przenieśli się na Długi Targ przy Neptunie, bo po posiłki zaczęli przychodzić nie tylko bezdomni, ale i mieszkańcy Dolnego Miasta. W związku z tym, inicjatorzy wystąpili do władz Gdańska o formalną zgodę na przeprowadzenie akcji: nie dostali jej. Urzędnicy UM zakazali rozdawania zupy, bo tamtej niedzieli na Długim Targu odbywać się miała plenerowa gra planszowa, kończąca obchody Roku Heweliusza, jej organizatorzy potrzebowali do niej 100 metrów kwadratowych przestrzeni. W niedzielę nie działa Caritas ani tanie jadłodajnie, stąd zupa od aktywistów jest często jedynym ciepłym posiłkiem w ciągu dnia, jaki spożywają bezdomni, dlatego akcja odbyła się mimo braku formalnej zgody: zmarznięci ludzie w dwadzieścia minut zjedli ponad 70 litrów grochówki. W czasie jej trwania przy Neptunie nie było ani władz miasta, ani uczestników zapowiadanej gry planszowej. Zupa może uwrażliwiać. Jak brzmi hasło jednej z najsłynniejszych kampanii społecznych w Polsce, mającej powstrzymać przemoc domową? „Bo zupa była za słona” z 1997 roku: slogan na tyle nośny, że na stałe wszedł do języka potocznego. Irracjonalne uzasadnienie, dla którego można dostać od męża po mordzie miało pokazać, jak łatwo jest paść ofiarą przemocy domowej i obnażyć jej bezpodstawność. Kampanię zainicjowało działające przy PARP-ie Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia”. Przeprowadzono ją tak, żeby dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. W całym kraju zawisło 538 billboardów opatrzonych kontrowersyjnymi hasłami jak ten o zupie, rozesłano blisko 5 tysięcy pakietów edukacyjnych i 17 tysięcy plakatów promujących kampanię do ponad 250 instytucji i organizacji okołozdrowotnych. Najistotniejszym elementem akcji były spoty telewizyjne. Pierwsza wersja jednego z nich była tak mocna, że wybuchł skandal, twórcom zarzucono atak na instytucję małżeństwa i demonizowanie wizerunku mężczyzny. Ostatecznie telewizja przygotowała materiały mniej kontrowersyjne. Adresatami kampanii była szeroko rozumiana opinia publiczna: świadkowie, ofiary i sprawcy przemocy w rodzinie, przedstawiciele instytucji i służb zajmujących się pomocą osobom pokrzywdzonym. W trakcie trwania kampanii połączenia z numerem Pogotowia wzrosły o 170% w stosunku do czasu sprzed jej inicjacji. Zupa może przegrać z korporacją. Pani Nina to kucharka czuwająca nad menu warszawskiego baru „Prasowego” z Marszałkowskiej. Jeszcze dwa lata temu dawała wywiad „Wyborczej”. Mówiła, że bar mleczny to ostatni bastion polskiej kuchni, bo do kebaba to nie wiadomo, co wkładają. A w „Prasowym” wszystko musi być świeże. Buraczki, ziemniaki, kasze, surówki. No i zupy. A teraz – baru nie ma, zamknęli go z powodu wysokiego czynszu. 19 grudnia squat „Syrena” w ramach protestu „wobec rosnących czynszów i kosztów życia w Śródmieściu” zorganizował akcję obywatelskiego nieposłuszeństwa, polegającą na otwarciu baru i zaserwowaniu w jego wnętrzu tradycyjnych dla lokalów tego typu, potraw. Nowością była możliwość zapłacenia za posiłek dowolnej kwoty pieniędzy. Pierwsi klienci pojawili się na miejscu już w pół godziny po otwarciu, szczelnie wypełniając jego wnętrze. Uczestnicy akcji chcą dyskutować z mieszkańcami warszawskiego śródmieścia i wspólnie opracować plan działań: zależy im na tym, żeby w „Prasowym” nadal można było po przystępnej cenie dostać obiad. Nie wiadomo, czy inicjatywa coś da, czy grupa idealistów mających wizję wygra z dowolną korporacją, mającą kasę. Zupa bywa jednodziennego użytku. 28-letnia Kasia z Warszawy, matka dwóch przedszkolaków. Co najmniej raz w tygodniu wylewa do sedesu spore ilości niedojedzonej zupy: nie jest w stanie przewidzieć, czy pomidorowa będzie dzieciom smakować dzień później. Zresztą, jak to tak, dojadać z wczoraj. Jak biedota. Na tygodniu do kosza wyrzuca jeszcze ziemniaki, ryż, napoczęte serki i jogurty. To wszystko przez dzieci, są wybredne. Najpierw przez kilka dni chcą jeść tylko desery Monte, a później, z dnia na dzień przerzucają się na waniliowe Danio: rodzina Kasi wpisuje się w trend globalny, na świecie marnuje się około jednej trzeciej produkowanej żywności. Według ONZ to blisko 1,3 mld ton rocznie. W Polsce do wyrzucania na śmietnik dobrego jedzenia przyznaje się 1/3 Polaków, choć zdaniem ekspertów to zaniżona ilość: jednocześnie nad Wisłą żyje około 2 mln osób poniżej granicy ubóstwa. Kraje rozwijające się straty żywności notują głównie na etapie produkcji, albo nieodpowiednich warunków przechowywania i transportu, w trakcie przetwarzania. W bogatych państwach Zachodu – Polska należy do tej grupy – żywność marnują głównie konsumenci. W zeszłym roku Unia wyliczyła, że marnujemy w Polsce około 9 mln ton jedzenia rocznie, czyli jesteśmy w europejskiej czołówce. W raporcie KE wyliczono, że 39 proc. strat odbywa się w trakcie produkcji, 19 proc. - między producentem a konsumentem i w restauracjach, a aż 42 proc. strat powstaje w domach. W kraju problemu nikt nie badał, ale zrobili to u siebie Brytyjczycy, według KE jesteśmy niedaleko nich w rankingu... Na brytyjskie wysypiska trafia rocznie 2,6 mld kromek chleba, miliard pomidorów, 775 mln bułek, 484 mln jogurtów, 120 mln dań mięsnych. Tristram Stuart, angielski ekolog wyliczył, że ta ilość jedzenia wystarczyłaby do nakarmienia 30 milionów osób. Zwłaszcza, że 80 proc. wyrzuconej żywności to ta w zamkniętym opakowaniu, z nieprzekroczonym terminem przydatności do spożycia, to zupa wylana do sedesu. Część tych produktów nadawałaby się do jedzenia, gdybyśmy rozsądniej organizowali lodówkę i spiżarnię. Nie kupowali na zapas, nie ulegali promocjom, dobrze wyliczali ryż i makaron do ugotowania. Stan rzeczy zmieniać mają kampanie społeczne, zobaczymy. Zupa. Rocznie Polacy spożywają około 4,5 mld litrów. Schemat jest taki, że w niedzielę jest rosół, a w poniedziałek – pomidorowa. Bo w codziennych wyborach pozostajemy zwykle tradycjonalistami, hołubimy klasyczne smaki znane od lat, przekazujemy je z pokolenia na pokolenie. W związku z tym, nie dziwi fakt, że ten element polskiej kuchni najwięcej o nas gada. Szkoda, że nie zawsze są to miłe opowieści. |
Archiwum
Zakładki:
Tagi
|